15 najpiękniejszych miejsc w Rumunii

Stworzyliśmy dla Was listę 15 miejsc, które najbardziej urzekły nas w Rumunii. Jak już pisaliśmy, wolimy raczej naturalne krajobrazy niż miasta, ale na liście są i takie i takie pozycje. Polecamy jako inspirację, jeśli planujecie podróż do Rumunii! A może zainspiruje Was to, żeby właśnie do Rumunii się wybrać?

Continue reading

Rumuńskie przysmaki

gogosi Rumunia

Jak wiadomo, w podróżowaniu (jak i generalnie w życiu) jest wiele ważnych rzeczy, na których należy się skupić. Są opuszczone ruiny i odbudowane zamki, są piękne kościoły i kolorowe bazary. Wysokie, ośnieżone góry i szumiące, bezkresne oceany. Ale są też rzeczy najważniejsze. Takie, których pominąć się nie da i które stanowią centrum wszechświata i zajmują całą ludzką uwagę.

Do tych ostatnich zalicza się dla mnie, oczywiście, JEDZENIE. Próbuję to tłumaczyć wpojoną mi przez  rodziców celebracją posiłków ale, bądźmy szczerzy, po prostu jestem obżartuchem.

Przed wyjazdem trochę czytałam o rumuńskiej kuchni (Filip też coś tam pogrzebał, ale dla niego jedzenie jest tylko paliwem, więc wiecie…) i dowiedziałam się, że jest raczej ciężka i bardzo mięsna. Jedzą tu dużo pieczywa, kukurydzy i kapusty. Do popularnych kuchni narodowych w Rumunii należą kuchnie włoska i grecka, a „własna” kuchnia rumuńska, podobnie jak wszystko w tym kraju, jest mieszanką wpływów różnych narodów, które się przewinęły przez jej tereny.

Ale ale, to, co mówi wikipedia czy inne blogi, możecie przeczytać sami. A ja tymczasem zapraszam Was w kulinarną podróż po Rumunii, w której podążymy dokładnie naszymi śladami i w której opowiem Wam tylko o tych daniach, których sami próbowaliśmy. Będziemy zwiedzać między innymi słodki Przylądek Pączków, łańcuch Gór Grillowych czy też Archipelag Przekąsek. Zatem wyruszajmy!

 

ARCHIPELAG PRZEKĄSEK
czyli co można hapnąć w biegu albo na śniadanie.

Plăcintă to typowa, i najczęściej spotykana, rumuńska przekąska. W internecie wyczytaliśmy, że jest zrobiona z francuskiego ciasta, ale napotkaliśmy też takie w drożdżowym albo baklawo – podobnym. Zawartość może być w sumie dowolna: bryndza, bryndza na słodko, kapusta, kurczak, jabłka, ser – co tylko sobie wymarzysz. Niektóre są krojone z dużego, okrągłego placka, jedliśmy po kawałku takiej na śniadanie. Najedliśmy się pod sam kurek, a palce i buzie trzeba było porządnie domywać z tłuszczu, który aż przebijał przez papier, w którym ją trzymaliśmy. Prawdziwe plăcinty dawało się kupić w zasadzie tylko w małych piekarenkach – kilkakrotnie szukaliśmy ich też w dużych supermarketach i nasze poszukiwania spełzły na niczym.

Plăcinty towarzyszyły nam od początku podróży i oboje je bardzo polubiliśmy. Oczywiście każdy miał też swoje preferencje dotyczące smaku – Filip najchętniej sięgał po te z mięsem (bez zaskoczenia), mi chyba najbardziej smakowała ta  z kapustą.

Polecamy!

 

Covrigi to takie coś, co przypomina trochę krakowskie precle. Mogą być posypane sezamem albo makiem i… nie posmakowały nam zupełnie. Ni to twarde, ni to kruche, zupełnie suche i bez szału. Ale może po prostu źle trafiliśmy? Tej tezy już nie sprawdzaliśmy i po prostu zostaliśmy przy plăcintach!

Niestety nie mamy fotki ☹ ale zwizualizujcie sobie takie chudsze krakowskie precle!

Nie polecamy!

Grillowanej kukurydzy byłam bardzo ciekawa! Lubię kukurydzę i z puszki do wszystkiego, i gotowaną w kolbie, więc nastawiałam się na niesamowite doznania kulinarne. Trafiliśmy na nią tylko 2 razy, za pierwszym (w Mamai) jej nie kupiłam, bo nie byłam głodna, no i myślałam, że jeszcze ją zobaczymy. Drugie podejście było w Cluj-Napoce i, niestety, było ogromnym rozczarowaniem. Kukurydza, którą dostałam była zimna (tu pech, że nie świeżo przygotowana), do tego przesolona i okrutnie sucha. Rzadko mi się to zdarza, ale nawet jej nie dojadłam. No nie dało się ☹

Nie polecamy, albo polecamy spróbować świeżutkiej i nie takiej słonej. Może ktoś miał okazję jeść dobrą i wyrwie mnie  z tego kukurydzianego koszmaru?

 

POJEZIERZE ZUPOWE
Podobno Rumunia słynie z zup, ale ani ja ani Filip nie jesteśmy ich koneserami, więc pokusiłam się tylko na jedną.

 

Ciorbă de burtă to chyba najbardziej klasyczna, wymieniana we wszystkich poradnikach, rumuńska zupa. To takie trochę polskie flaczki, tylko zabielane śmietaną. Wygląda bardzo ładnie, jest taka żółciutka i ma tłuste oka, jak na rosole. W smaku delikatna i tłusta.

Nie wiem czy polecamy – było spoko, ale moja ograniczona miłość do zup może przekłamywać wyniki.

 

ŁAŃCUCH GÓR GRILLOWYCH
Głównym sprzętem, jakiego używa się w rumuńskiej kuchni, jest grill. Grilluje się mięsa i warzywa. W każdej restauracji można dostać talerz grillowanych przystawek, a na szczycie dań głównych są grillowane mięsiwa (głównie kurczak podawany z frytkami). Popularne są też sznycle (Filip, jako fan próbowania lokalnych przysmaków, tegoż NIEMIECKIEGO sznycla jadł chyba 5 razy :P).

O mititei (albo mici) czytałam już na samym początku moich kulinarnych poszukiwań. Są to grillowane kiełbaski z mielonego mięsa (taki jakby grillowany mielony bez panierki w kształcie rurki). Przeważnie jest w nich używana mieszanka mięs, wołowiny, baraniny i wieprzowiny. Są FENOMENALNE! Mocno doprawione czosnkiem, idealnie wilgotne i aromatyczne. Podaje się je z musztardą. Ja musztardy nie jadłam, ale mititei zajadałam aż mi się uszy trzęsły!

Polecamy bardzo!

Choć ewidentnie frytki i w Rumunii niezaprzeczalnie i bezkonkurencyjnie wkroczyły na talerze, to nadal wszędzie można zjeść ulubione mięsko z prawdziwym, rumuńskim dodatkiem, czyli mamałygą. Jest to gotowana kaszka kukurydziana, trochę podobna do kaszy mannej, ale o bardziej wyrazistym smaku. Podaje się ją z bryndzą i śmietaną. Smakuje specyficznie, zwłaszcza w połączeniu z ostrym serem, ale mi przypadła do gustu.

Ja polecam bardzo, Filip… zrobił tylko dziwną minę i nie skomentował. Wziął frytki ^^

 

PRZYLĄDEK PĄCZKÓW
Nie jemy za dużo słodyczy (a w zasadzie to prawie wcale) więc jedynymi słodyczami jakich spróbowaliśmy, były te najbardziej „rumuńskie”. Było… pączkowo 😊

Papanași to takie pączki, tylko że w cieście mają biały ser i nie mają nadzienia. Podawane są ze śmietaną i słodką konfiturą na wierzchu, więc je się je widelcem (z moim talentem nie domyłabym się później, gdybym spróbowała jeść je rękami). Są absolutnie fenomenalnie pyszne, acz słodkie jak piorun. A do tego wszystkiego w jednej porcji są 2 sztuki! Także dobrze, że przezornie zamówiliśmy jedną do podziału.

Polecamy! Tylko miejcie koniecznie coś nie słodkiego do popicia, bo inaczej mogą Wam wypaść zęby.

Gogosi to oddzielny gatunek rumuńskiego pączka, bardziej podobny do tych naszych, polskich. Też mają w cieście biały ser, ale, tak jak nasze, mają też dżemowe nadzienie i są posypane cukrem pudrem. Dostaliśmy je gratis w knajpce przy błotnych wulkanach (Dzień 7; http://stopynadesce.pl/?p=209 ), inaczej nawet nie wiedzielibyśmy o ich istnieniu! Są bardzo smaczne, a do tego mniej słodkie niż papanași, więc dajemy dużą okejkę!

Polecamy!

 

WIELKA PUSZCZA OWOCOWA

Rumunia ma przecudownie pyszne owoce! Wszystkie są soczyste i niezwykle kolorowe, słodkie i twarde. W całym kraju przy trasach można spotkać ogromne stragany z owocami, oddzielne owocowo – warzywne bazary, ale i malutkie stoiska przed domem, ustawione wzdłuż całej wsi. Na straganach na Wołoszczyźnie leżą całe sterty gigantycznych arbuzów, na malutkich stoiskach Transylwanii można spróbować najlepszych w życiu winogron, a na bazarach… na bazarach jest wszystko. Kolorowe, intensywne, pachnące. Do tego owoce są bardzo tanie, więc można się nimi zajadać do oporu. Jak zobaczyliśmy, że borówki kosztują 16 lei (ok 15 zł) za kilogram, to od razu kupiliśmy… kilogram.

 

PRZYLĄDEK „A co tak siedzisz o suchym pysku”

Spróbowaliśmy kilku lokalnych piw (znaczy się, Filip spróbował), to prawda. Ale najbardziej szlachetnym napitkiem jakiego mieliśmy okazji doświadczyć, jest rumuńska palinka. Pytacie, czymże jest ten napój bogów? Spieszę z wyjaśnieniem – to najprawdziwszy, rumuński bimber! Trzymany bardzo specyficznie, bo w butelkach, w których jest cały owoc, na przykład gruszka (na zdjęciu). Filipowi smakowało, popatrzcie tylko na jego minę! Trafiliśmy na nią także na jednym z bazarów, gdzie kupiliśmy ją na prezent – według sprzedającego była pędzona w 1987 roku! Przynajmniej tak myśleliśmy… pewien potomek Sasów, kilka dni później, słysząc  historię o tym zakupie, uśmiechnął sie pod nosem i powiedział, że Rumuni to nie Szkoci, nie potrafią dać poleżeć alkoholowi kilkadziesiąt lat… No cóż. Ale wyglądała pięknie!

Więcej o palince do przeczytania tutaj: http://stopynadesce.pl/?p=41

 

Co brzmi Wam najpyszniej? Może byliście w Rumunii i jedliście coś pysznego, o czym warto jeszcze wspomnieć?

Ja z tego pisania aż chyba idę się przespacerować do kuchni…

A.

 

Dla ciekawskich:

Nasze podsumowanie wyjazdu do Rumunii

15 najpiękniejszych miejsc w Rumunii

5 zaskakujących faktów o Rumunii

Dzień 13 czyli Cluj -Napoca w świetle dnia, Cascada Răchițele i zakończenie podróży

Apuseni Rumunia

Tego dnia goniły nas myśli o powrocie, domu i pracy. O tym, że nasza przygoda dobiega końca i zaraz wracamy do „normalnego” życia. Jak dobre by to nasze „normalne” życie nie było, zakochaliśmy się w podróżowaniu! Kiedy okazało się, że mamy podobne odczucia, wspólnie zdecydowaliśmy, że będziemy się tym wyjazdem cieszyć do końca, do ostatniej chwili, zamiast biadolić, że przygoda się kończy. Zapakowaliśmy więc manatki i pojechaliśmy zobaczyć Cluj – Napocę w promieniach słonecznych.

Cluj Napoca

Nie jest do końca znane pochodzenie nazwy „Kluż” ale właśnie tak nazywało się to miasto przez setki lat, kiedy jego głównymi mieszkańcami byli Węgrzy, a ono samo leżało w węgierskich granicach. Przez lata Niemcy i Węgrzy żyli tu razem (nawet węgierski król Maciej Korwin rządzący w XV w. zalecił, aby sędzią miejskim byli na zmianę Węgier i Niemiec). Do tej pory miasto jest mieszanką kulturową, zamieszkaną przez Rumunów, Węgrów i Niemców (kolejność nie przypadkowa), a w wielu miejscach można znaleźć dwujęzyczne opisy (rumuńskie i węgierskie). Do tego oprócz różnorodności narodowej, możemy tu spotkać 3 religie, których świątynie stoją czasem tuż obok siebie: katolicyzm, protestantyzm i prawosławie. Po powstaniu Królestwa Rumunii w 1918 r. Cluj przestał znajdować się w węgierskich granicach, a późniejsze, komunistyczne rządu Rumunii dodały do nazwy drugi człon – Napoka, w nawiązaniu do rzymskich korzeni miasta i całego kraju.

Cluj Napoca Rumunia

Cluj Napoca Rumunia

Cluj Napoca Rumunia

Cluj Napoca Rumunia

Cluj Napoca Rumunia

Przechadzaliśmy się po Klużu i nie mogliśmy znaleźć swojego miejsca. Obejrzeliśmy kilka kościołów, spacerowaliśmy uliczkami. Filip nawet próbował dołączyć do Stefana Batorego (który był siedmiogrodzkim księciem!) składającego hołd Maciejowi Korwinowi, ale to też jakoś nie zaskoczyło.

Cluj Napoca Rumunia

Niezawodny przewodnik Pascala podpowiedział nam w końcu miejsce idealnie stworzone dla nas – skarpa przy Hotelu Belvedere, z widokiem na większość Klużu. Mieliśmy z niej widok na stare miasto, na nowe bloki (tak rzadko spotykane w Rumunii), na wzgórza okalające zabudowania, a nawet na ogromną halę sportową, w której w tych dniach odbywał się festiwal muzyczny. To było takie przeżywanie miasta, jakie nam odpowiada. Z daleka, bez obijania się o ludzi, w otoczeniu drzew, siedząc na trawie i wpatrując się w to wszystko, co nas otacza. Ostatecznie zapadła decyzja, że uciekamy z miasta. Czekały nas przecież jeszcze tego dnia widoczki.

Cluj Napoca Rumunia

Cluj Napoca Rumunia

Cluj Napoca Rumunia

Cascada Răchițele

Cascada Răchițele lub też Vălul Miresei (Welon Panny Młodej) jest ukryty w północnej części gór Apuseni (w przeciwieństwie do Twierdzy Ponor, która znajduje się na ich południu, opis w Dniu 2). Droga prowadzi wąską drogą, pięknym, nowiutkim asfaltem, w głąb jednej z apuseńskich dolin. Od miejsca, w którym zostawiliśmy samochód, do samego wodospadu szliśmy może 10 minut. Klimat gór znowu nam się udzielił. Szczyty strzelające w niebo, zimna szarość otaczających nas skał i zielone liście i igły wokół wprowadziły nas znowu w magiczny świat przyrody, którego najchętniej byśmy w ogóle nie opuszczali. Spodziewaliśmy się, że wodospad wpisze się w ten krajobraz, ale przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Ma 30 metrów wysokości i kilka szerokości. Nie grzmi jakoś bardzo, ale wszędzie wokół rozpyla mokrą mgiełkę, od której nagrzane słońcem ciało natychmiastowo marznie. Mógłby być symbolem natury – pięknej, silnej i niepowstrzymanej, kroczącej przed siebie z niewzruszoną pewnością. Spędziliśmy tam kilka chwil, a później wyruszyliśmy na krótki spacer po okolicy.

Cascada Rachitele Rumunia

Cascada Rachitele Rumunia

Cascada Rachitele Rumunia

Cascada Rachitele Rumunia

Cascada Rachitele Rumunia

Cascada Rachitele Rumunia

Było tam tyle dróg, którymi chętnie byśmy wyruszyli w góry! Ponownie utwierdziliśmy się w przekonaniu, że trzeba będzie przyjechać do Rumunii tylko dla gór. Gór, szlaków, zieloności i zmęczonych stóp. A może też wspinaczki? Na ostatnim odcinku spotkaliśmy ekipę wspinającą się w naturalnej ścianie. Jej najmłodszy reprezentant miał jakieś… 9 lat? Oj, po urlopie będzie trzeba ostro wrócić do trenowania!

Apuseni Rumunia

Apuseni Rumunia

Tego dnia zostały nam już tylko kilometry drogi do Oradei, znowu nad granicę.

Dnia 14 zdecydowaliśmy się nie opisywać. Zaliczyliśmy w nim tylko z rana Baile Felix, czyli znane, rumuńskie uzdrowisko, w którym poszliśmy do aqua parku (ja się tylko opalałam, ze względu na nogę), a po tym zostało nam już tylko 10 godzin powrotu do domu. To było długie 10 godzin, zwłaszcza dla Filipa, który spędził za kółkiem 8 godzin.  Warszawa przywitała nas jakąś specyficzną swojskością. No cóż, podróże podróżami, ale spanie we własnym łóżku to zawsze przyjemność 😊

 

Na koniec dziękujemy wszystkim tym, którzy czytali nasze wpisy (zwłaszcza naszym niestrudzonym Mamom!) ale też każdej osobie, która znalazła choć chwilę, żeby towarzyszyć nam w tej podróży. Wróciliśmy z niej prawie 4 tygodnie temu ale cały mamy poczucie, że jej ciągle nie domknęliśmy. Może nasza podróż po prostu nigdy się nie kończy? 😊

Damy znać, jak znowu gdzieś wyruszymy!

Przydatne info

  1. Baile Felix – wejście do aqua parku w Hotelu President dla osoby dorosłej kosztuje 30 lei.

A.

Dla ciekawskich:

Nasze podsumowani wyjazdu do Rumunii

5 najbardziej zaskakujących faktów o Rumunii

15 najpiękniejszych miejsc w Rumunii

Dzień 10 czyli drugie podejście do niedźwiedzi w Zărnești i kościoła Prejmer, starówka Brașova, zamek w Feldioarze, rozpadający się kościół w Homorodzie i warownia Rupea

Feldioara Rumunia

Vampire Camping okazał się bardzo przyjemnym miejscem, przebywa tam sporo naszych rodaków i chyba muszą przyjeżdżać regularnie, bo właściciel kampingu zna całkiem sporo słów po polsku. Opanowany raczej przez rodziny z dziećmi niż imprezowiczów, dał nam schronienie po wczorajszym błądzeniu w ciemności.

Od razu po pobudce zaczynamy zwijać obozowisko (w trakcie pochłaniamy śniadanie), bo przed nami drugie podejście do zobaczenia rezerwatu miśków. Docieramy do Zărnești Bear Sanctuary kilkadziesiąt minut po jego otwarciu (a czynne jest jedynie w wąskim okienku pomiędzy 9 a 11) i ku naszemu zaskoczeniu na miejscu wita nas ogromna kolejka.  Grzecznie w niej stajemy i czekamy… czekamy…. i czekamy. W pewnym momencie do naszych uszu dociera komunikat o braku miejsc w wycieczkach z językiem angielskim – znosimy to dzielnie, bo bardzo chcemy zobaczyć niedźwiedzie, chociażby przewodnik miał mówić po rumuńsku. Gdy już wyciągam rękę chcąc kupić bilety, pani w okienku informuje mnie, że nie ma już wolnych miejsc. Jak można mieć takiego pecha?  Po bezskutecznych próbach „dogadania się” zostajemy odprawieni z kwitkiem. Wielkie jest nasze rozczarowanie, bo rezerwat jest unikatowym miejscem – doświadczone przez los niedźwiedzie (znęcanie się, zmuszanie do pracy, odurzanie narkotykami) dostają tu drugą szansę na życie. Niestety tym razem nie dane nam będzie ich zobaczyć. Rozczarowani i źli ruszamy w dalszą drogę, po drodze przeganiając z niej konie.

Rumunia konie

Prejmer

Naszym następnym celem jest miejscowość Prejmer, gdzie mieści się jeden z najlepiej ufortyfikowanych kościołów we wschodniej Europie (do którego również robimy już drugie podejście – ostatnio dotarliśmy tu, gdy warownia była już zamknięta).  Otoczona murem świątynia sprawia wrażenie nie do zdobycia. Wysokie na 14 metrów mury dawały w przeszłości schronienie dla 270 rodzin. Zbudowana w XIII wieku przez krzyżaków forteca była wielokrotnie modernizowana i przebudowywana, a w swojej ostatecznej formie mieściła w swoich murach m.in. szkołę i młyn. Po raz kolejny jesteśmy pod wielkim wrażeniem rozmachu warownych kościołów.

kościół warowny Prejmer Rumunia

kościół warowny Prejmer Rumunia

kościół warowny Prejmer Rumunia

kościół warowny Prejmer Rumunia

kościół warowny Prejmer Rumunia

kościół warowny Prejmer Rumunia

kościół warowny Prejmer Rumunia

kościół warowny Prejmer Rumunia

Brasov

Wracamy do Brașova, by jeszcze raz zanurzyć się w starówkę tego pięknego miasta. Zaraz po zaparkowaniu ruszamy na targ po świeże owoce i kierujemy się w stronę Czarnego Kościoła. Ta największa w Rumunii świątynia swoją nazwę zawdzięcza czarnym śladom na elewacji, będącymi pamiątkami po pożarze w XVII w. Wznoszenie tej monumentalnej budowli zajęło mieszkańcom Siedmiogrodu blisko 100 lat, jego wnętrze jest istną mieszaniną stylów (niestety gotyckie wnętrze nie przetrwało pożaru), a dodatkową atrakcją są olbrzymie organy (ponad 4000 piszczałek), których brzmienia można posłuchać podczas odbywających się tu koncertów.

Czarny Kościół Brasov Rumunia

Czarny Kościół Brasov Rumunia

Czarny Kościół Brasov Rumunia

Po oględzinach kościoła pozwalamy sobie zgubić się w uliczkach starówki, powoli wędrując do dzielnicy Șhei, będącej niegdyś jedyną wolno dostępną dzielnicą dla Rumunów w Brașovie (w czasach gdy miastem rządzili Sasi). Na szczególną uwagę zasługuje Brama Șchei, będąca jedną z bram miejskich oraz Strada Sforii (ulica Sznurowa), będąca najwęższa uliczka w Europie o szerokości zaledwie 1,32 metra. Z ulicą tą wiąże się ciekawy przesąd: przejście przez nią ma uchronić parę od kłótni. Wiemy, że to tylko przesąd, ale na wszelki wypadek przechodzimy nią kilka razy…

Brama Schei Brasov Rumunia

Brasov Rumunia Strada Sforii

Brasov Rumunia Strada Sforii

Brasov Rumunia

Brasov Rumunia

Brasov Rumunia

Zamek w Feldioarze

Droga znowu nas wzywa. Z Brașova kierujemy się do Feldioary, gdzie odwiedzamy krzyżacki zamek górujący nad malowniczą okolicą.  W czasie średniowiecza miejscowość ta nosiła nazwę Marienburg (Malbork). Nie jest to zbieg okoliczności, ponieważ osada ta stanowiła w tamtym czasie siedzibę zakonu krzyżackiego. Obecna nazwa pochodzi od węgierskiego słowa Földvár które oznacza „zamek nad błotem”. Zamek jest bardzo dobrze zachowany, ale jego wnętrze dopiero przechodzi proces przygotowania dla zwiedzających. Po wspięciu się na mury i obejrzeniu ekspozycji ruszamy dalej.

zamek w Feldioarze Rumunia

zamek w Feldioarze Rumunia

zamek w Feldioarze Rumunia

zamek w Feldioarze Rumunia

zamek w Feldioarze Rumunia

zamek w Feldioarze Rumunia

Kościół warowny w Homorodzie

Kolejnym przystankiem jest miejscowość Homorod, gdzie mieści się (jakżeby inaczej?) kolejny kościół  warowny. Po przyjechaniu na miejsce okazuje się, że obecnie prowadzone są prace renowacyjne. Zastanawiamy się, czy uda nam się zobaczyć wnętrze. Po wejściu na podwórze spotykamy grupkę ludzi, jeden z nich natychmiast się nami interesuje i przy pomocy miejscowego nastolatka, zaczyna opowiadać nam historię kościoła (starszy Pan mówił tylko po niemiecku, a jego pomocnik operował i niemieckim i angielskim, co na jego 19  lat i raczej biedną okolicę wydaje się sporym osiągnięciem). Wchodzimy na szczyt wieży, po dość chybotliwych drewnianych drabinkach. Rozglądamy się po okolicy w międzyczasie podpytując naszego przypadkowego „przewodnika” o życie w Rumunii. Rozmowa z nim jest równie ciekawym doświadczeniem jak oglądanie panoramy okolicy. Po zejściu z wieży zaglądamy do przytulonego do niej kościoła, który zarówno od zewnątrz jak i od środka prosi się o remont. Opuszczamy to miejsce z dużym przeświadczeniem, że potencjał turystyczny Rumunii dopiero czeka na pełne rozwinięcie, a takie miejsca jak Homorod na renowację, która ukaże je w pełnej krasie.

kościół warowny Homorod Rumunia

kościół warowny Homorod Rumunia

kościół warowny Homorod Rumunia

kościół warowny Homorod Rumunia

kościół warowny Homorod Rumunia

Warownia Rupea

Dzień powoli dobiega końca, zaczyna też lekko kropić. Na dzisiaj został nam już tylko jeden zamek do odwiedzenia, mieszczący się w tej samej miejscowości co nasz nocleg, noszącej nazwę Rupea. Nad niewielkim miastem góruje zamek, którego prapoczątki sięgają aż VII w. Leżąca na szlakach komunikacyjnych osada w średniowieczu kwitła. Czasy świetności miasta zakończyły się dopiero w XV w. , gdy zostało ono splądrowane przez Turków, a zamek zniszczony. Ruiny zostały odrestaurowane i oddane do dyspozycji zwiedzających. Wspinamy się po wzgórzu, a po przejściu bramy twierdzy, po drodze z kocich łbów, do najwyższego punktu, aby  móc podziwiać przepiękną panoramę miasta oraz malownicze krajobrazy Siedmiogrodu. Po drodze mijamy liczne wieże i pomieszczenia gospodarcze – niestety zupełnie puste, ale oczyma wyobraźni dostrzegamy jak mogłoby wyglądać życie w takim miejscu.

Warownia Rupea Rumunia

Warownia Rupea Rumunia

Warownia Rupea Rumunia

Warownia Rupea Rumunia

Warownia Rupea Rumunia

Warownia Rupea Rumunia

Zwiedzanie zamku kończy atrakcje zaplanowane na dzisiaj – kierujemy się w stronę znalezionego wcześniej hotelu. Drzwi otwiera nam miła starsza Pani, która niestety nie rozumie nic po angielsku, ale za to potrafi komunikować się po niemiecku, więc jakoś udaje nam się dogadać. Pokój, który dla nas przygotowała, przekracza nasze najśmielsze oczekiwania – w takim miejscu jeszcze nie mieliśmy okazji nocować. W połowie po niemiecku, a w połowie na migi, nasza gospodyni zaprasza nas na szklaneczkę palinki. Przez grzeczność nie możemy odmówić. Gdy zasiadamy do stołu spotykamy pozostałych gości hotelu – sędziwego Niemca i parę włosko-turecką. Prawie do północy snujemy opowieści o podróżach i historii Transylwanii, popijamy palinkę i spoglądamy na pięknie oświetlony zamek.

Przydatne info

  1. Vampire Camping – kamping położony tuż obok zamku Bran, oferujący bardzo dobre warunki w przystępnej cenie (za dwie osoby, namiot i możliwość zaparkowania auta zapłaciliśmy 73 leie). Dodatkowym atutem jest właściciel kampingu znający kilka zwrotów po polsku 😊
  2. Zarnesti Bear Sanctuary – rozpiska z cenami biletów znajduje się na stronie:, polecamy zjawić się na miejscu jak najwcześniej z uwagi na ograniczoną ilość biletów na dany dzień.
  3. Prejmer – za zwiedzanie zapłacimy odpowiednio 10 lei za osobę dorosłą i 5 za studenta.
  4. Czarny kościół w Brașovie – wejście kosztuje 6 lei za osobę dorosłą i 3 za studenta. Wieczorami w kościele odbywają się koncerty organowe (w tym czasie świątynia jest zamknięta dla zwiedzających).
  5. Feldioara – za wejście na teren zamku zapłacimy 15 lei za osobę dorosłą i 5 za studenta.
  6. Rupea – możliwość odwiedzenia będzie nas kosztować 10 lei (brak zniżek dla studentów).

F.

Dla ciekawskich: Nasze podsumowanie wyjazdu do Rumunii