Rumuńskie przysmaki

gogosi Rumunia

Jak wiadomo, w podróżowaniu (jak i generalnie w życiu) jest wiele ważnych rzeczy, na których należy się skupić. Są opuszczone ruiny i odbudowane zamki, są piękne kościoły i kolorowe bazary. Wysokie, ośnieżone góry i szumiące, bezkresne oceany. Ale są też rzeczy najważniejsze. Takie, których pominąć się nie da i które stanowią centrum wszechświata i zajmują całą ludzką uwagę.

Do tych ostatnich zalicza się dla mnie, oczywiście, JEDZENIE. Próbuję to tłumaczyć wpojoną mi przez  rodziców celebracją posiłków ale, bądźmy szczerzy, po prostu jestem obżartuchem.

Przed wyjazdem trochę czytałam o rumuńskiej kuchni (Filip też coś tam pogrzebał, ale dla niego jedzenie jest tylko paliwem, więc wiecie…) i dowiedziałam się, że jest raczej ciężka i bardzo mięsna. Jedzą tu dużo pieczywa, kukurydzy i kapusty. Do popularnych kuchni narodowych w Rumunii należą kuchnie włoska i grecka, a „własna” kuchnia rumuńska, podobnie jak wszystko w tym kraju, jest mieszanką wpływów różnych narodów, które się przewinęły przez jej tereny.

Ale ale, to, co mówi wikipedia czy inne blogi, możecie przeczytać sami. A ja tymczasem zapraszam Was w kulinarną podróż po Rumunii, w której podążymy dokładnie naszymi śladami i w której opowiem Wam tylko o tych daniach, których sami próbowaliśmy. Będziemy zwiedzać między innymi słodki Przylądek Pączków, łańcuch Gór Grillowych czy też Archipelag Przekąsek. Zatem wyruszajmy!

 

ARCHIPELAG PRZEKĄSEK
czyli co można hapnąć w biegu albo na śniadanie.

Plăcintă to typowa, i najczęściej spotykana, rumuńska przekąska. W internecie wyczytaliśmy, że jest zrobiona z francuskiego ciasta, ale napotkaliśmy też takie w drożdżowym albo baklawo – podobnym. Zawartość może być w sumie dowolna: bryndza, bryndza na słodko, kapusta, kurczak, jabłka, ser – co tylko sobie wymarzysz. Niektóre są krojone z dużego, okrągłego placka, jedliśmy po kawałku takiej na śniadanie. Najedliśmy się pod sam kurek, a palce i buzie trzeba było porządnie domywać z tłuszczu, który aż przebijał przez papier, w którym ją trzymaliśmy. Prawdziwe plăcinty dawało się kupić w zasadzie tylko w małych piekarenkach – kilkakrotnie szukaliśmy ich też w dużych supermarketach i nasze poszukiwania spełzły na niczym.

Plăcinty towarzyszyły nam od początku podróży i oboje je bardzo polubiliśmy. Oczywiście każdy miał też swoje preferencje dotyczące smaku – Filip najchętniej sięgał po te z mięsem (bez zaskoczenia), mi chyba najbardziej smakowała ta  z kapustą.

Polecamy!

 

Covrigi to takie coś, co przypomina trochę krakowskie precle. Mogą być posypane sezamem albo makiem i… nie posmakowały nam zupełnie. Ni to twarde, ni to kruche, zupełnie suche i bez szału. Ale może po prostu źle trafiliśmy? Tej tezy już nie sprawdzaliśmy i po prostu zostaliśmy przy plăcintach!

Niestety nie mamy fotki ☹ ale zwizualizujcie sobie takie chudsze krakowskie precle!

Nie polecamy!

Grillowanej kukurydzy byłam bardzo ciekawa! Lubię kukurydzę i z puszki do wszystkiego, i gotowaną w kolbie, więc nastawiałam się na niesamowite doznania kulinarne. Trafiliśmy na nią tylko 2 razy, za pierwszym (w Mamai) jej nie kupiłam, bo nie byłam głodna, no i myślałam, że jeszcze ją zobaczymy. Drugie podejście było w Cluj-Napoce i, niestety, było ogromnym rozczarowaniem. Kukurydza, którą dostałam była zimna (tu pech, że nie świeżo przygotowana), do tego przesolona i okrutnie sucha. Rzadko mi się to zdarza, ale nawet jej nie dojadłam. No nie dało się ☹

Nie polecamy, albo polecamy spróbować świeżutkiej i nie takiej słonej. Może ktoś miał okazję jeść dobrą i wyrwie mnie  z tego kukurydzianego koszmaru?

 

POJEZIERZE ZUPOWE
Podobno Rumunia słynie z zup, ale ani ja ani Filip nie jesteśmy ich koneserami, więc pokusiłam się tylko na jedną.

 

Ciorbă de burtă to chyba najbardziej klasyczna, wymieniana we wszystkich poradnikach, rumuńska zupa. To takie trochę polskie flaczki, tylko zabielane śmietaną. Wygląda bardzo ładnie, jest taka żółciutka i ma tłuste oka, jak na rosole. W smaku delikatna i tłusta.

Nie wiem czy polecamy – było spoko, ale moja ograniczona miłość do zup może przekłamywać wyniki.

 

ŁAŃCUCH GÓR GRILLOWYCH
Głównym sprzętem, jakiego używa się w rumuńskiej kuchni, jest grill. Grilluje się mięsa i warzywa. W każdej restauracji można dostać talerz grillowanych przystawek, a na szczycie dań głównych są grillowane mięsiwa (głównie kurczak podawany z frytkami). Popularne są też sznycle (Filip, jako fan próbowania lokalnych przysmaków, tegoż NIEMIECKIEGO sznycla jadł chyba 5 razy :P).

O mititei (albo mici) czytałam już na samym początku moich kulinarnych poszukiwań. Są to grillowane kiełbaski z mielonego mięsa (taki jakby grillowany mielony bez panierki w kształcie rurki). Przeważnie jest w nich używana mieszanka mięs, wołowiny, baraniny i wieprzowiny. Są FENOMENALNE! Mocno doprawione czosnkiem, idealnie wilgotne i aromatyczne. Podaje się je z musztardą. Ja musztardy nie jadłam, ale mititei zajadałam aż mi się uszy trzęsły!

Polecamy bardzo!

Choć ewidentnie frytki i w Rumunii niezaprzeczalnie i bezkonkurencyjnie wkroczyły na talerze, to nadal wszędzie można zjeść ulubione mięsko z prawdziwym, rumuńskim dodatkiem, czyli mamałygą. Jest to gotowana kaszka kukurydziana, trochę podobna do kaszy mannej, ale o bardziej wyrazistym smaku. Podaje się ją z bryndzą i śmietaną. Smakuje specyficznie, zwłaszcza w połączeniu z ostrym serem, ale mi przypadła do gustu.

Ja polecam bardzo, Filip… zrobił tylko dziwną minę i nie skomentował. Wziął frytki ^^

 

PRZYLĄDEK PĄCZKÓW
Nie jemy za dużo słodyczy (a w zasadzie to prawie wcale) więc jedynymi słodyczami jakich spróbowaliśmy, były te najbardziej „rumuńskie”. Było… pączkowo 😊

Papanași to takie pączki, tylko że w cieście mają biały ser i nie mają nadzienia. Podawane są ze śmietaną i słodką konfiturą na wierzchu, więc je się je widelcem (z moim talentem nie domyłabym się później, gdybym spróbowała jeść je rękami). Są absolutnie fenomenalnie pyszne, acz słodkie jak piorun. A do tego wszystkiego w jednej porcji są 2 sztuki! Także dobrze, że przezornie zamówiliśmy jedną do podziału.

Polecamy! Tylko miejcie koniecznie coś nie słodkiego do popicia, bo inaczej mogą Wam wypaść zęby.

Gogosi to oddzielny gatunek rumuńskiego pączka, bardziej podobny do tych naszych, polskich. Też mają w cieście biały ser, ale, tak jak nasze, mają też dżemowe nadzienie i są posypane cukrem pudrem. Dostaliśmy je gratis w knajpce przy błotnych wulkanach (Dzień 7; http://stopynadesce.pl/?p=209 ), inaczej nawet nie wiedzielibyśmy o ich istnieniu! Są bardzo smaczne, a do tego mniej słodkie niż papanași, więc dajemy dużą okejkę!

Polecamy!

 

WIELKA PUSZCZA OWOCOWA

Rumunia ma przecudownie pyszne owoce! Wszystkie są soczyste i niezwykle kolorowe, słodkie i twarde. W całym kraju przy trasach można spotkać ogromne stragany z owocami, oddzielne owocowo – warzywne bazary, ale i malutkie stoiska przed domem, ustawione wzdłuż całej wsi. Na straganach na Wołoszczyźnie leżą całe sterty gigantycznych arbuzów, na malutkich stoiskach Transylwanii można spróbować najlepszych w życiu winogron, a na bazarach… na bazarach jest wszystko. Kolorowe, intensywne, pachnące. Do tego owoce są bardzo tanie, więc można się nimi zajadać do oporu. Jak zobaczyliśmy, że borówki kosztują 16 lei (ok 15 zł) za kilogram, to od razu kupiliśmy… kilogram.

 

PRZYLĄDEK „A co tak siedzisz o suchym pysku”

Spróbowaliśmy kilku lokalnych piw (znaczy się, Filip spróbował), to prawda. Ale najbardziej szlachetnym napitkiem jakiego mieliśmy okazji doświadczyć, jest rumuńska palinka. Pytacie, czymże jest ten napój bogów? Spieszę z wyjaśnieniem – to najprawdziwszy, rumuński bimber! Trzymany bardzo specyficznie, bo w butelkach, w których jest cały owoc, na przykład gruszka (na zdjęciu). Filipowi smakowało, popatrzcie tylko na jego minę! Trafiliśmy na nią także na jednym z bazarów, gdzie kupiliśmy ją na prezent – według sprzedającego była pędzona w 1987 roku! Przynajmniej tak myśleliśmy… pewien potomek Sasów, kilka dni później, słysząc  historię o tym zakupie, uśmiechnął sie pod nosem i powiedział, że Rumuni to nie Szkoci, nie potrafią dać poleżeć alkoholowi kilkadziesiąt lat… No cóż. Ale wyglądała pięknie!

Więcej o palince do przeczytania tutaj: http://stopynadesce.pl/?p=41

 

Co brzmi Wam najpyszniej? Może byliście w Rumunii i jedliście coś pysznego, o czym warto jeszcze wspomnieć?

Ja z tego pisania aż chyba idę się przespacerować do kuchni…

A.

 

Dla ciekawskich:

Nasze podsumowanie wyjazdu do Rumunii

15 najpiękniejszych miejsc w Rumunii

5 zaskakujących faktów o Rumunii

Dzień 4 czyli Sybin – miasto oczu, klasztor Cârţa, jezioro Bâlea, trasa Transfogaraska i zamek Poenari

Trasa Transfogarska Rumunia

Sybin

Zaraz po porannej kawerce i przepakowaniu rzeczy, ruszyliśmy na sybińską starówkę. Kolejny raz uderza nas kontrast pomiędzy zadbanymi, zabytkowymi kamienicami i kościołami, a niszczejącymi budynkami mieszkalnymi. Zmierzając na rynek spotykamy cieśli w strojach przypominających nieco austriackie, budujących konstrukcję z drewna (stragan?), niemal bez użycia gwoździ. Dają oni imponujący popis umiejętności.

Sybin Rumunia

Przechodząc przez bramę trafiamy na Piaţa Mare (rynek starego miasta) i zaczynamy rozumieć dlaczego Sybin jest nazywany miastem gdzie domy patrzą: okna dachowe rzeczywiście wyglądają jak przymrużone oczy. Sprawia to wrażenie, że każdy budynek zyskuje niemal ludzką twarz: zaciekawioną, zagniewaną, a czasem spoglądającą z zainteresowaniem na każdego wędrowca przemierzającego ulice tego niezwykle urokliwego miasta.

Sybin miasto oczu Rumunia

Sybin miasto oczu Rumunia

Rynek starego miasta otaczają zabytkowe kamienice, z których na największą uwagę zasługują Casa Haller, gotycko-renesansowa kamienica należąca do Petrusa Hallera, pełniącego na początku XVI w. funkcję burmistrza Sybina, oraz Muzeum Naţional Brukenthal, barokową rezydencję barona Samuela von Brukenthala, który pod koniec XVIII w. był gubernatorem miasta. Obecnie znajduje się tam jedno z najstarszych muzeów na świecie, starsze nawet niż National Gallery w Londynie.

Sybin Rumunia

Sybin Rumunia

Sybin Rumunia

W drodze powrotnej zahaczamy o miejscowy targ. Stragany uginają się od świeżych owoców i warzyw, a do naszych uszu docierają okrzyki handlarzy zachwalających swoje towary. Spotykamy kilka osobliwości, jak starsza Pani handlująca czosnkiem czy też sprzedawca domowej roboty palinki (lokalnego bimbru). Zaopatrujemy się w sporą ilość borówek i ruszamy w dalszą drogę.

Sybin targ Rumunia

Sybin targ Rumunia

Sybin targ Rumunia

Sybin targ Rumunia

Klasztor Cârţa

Następnym przystankiem są ruiny klasztoru cystersów Cârţa, obecnie funkcjonujące jako kościół dla okolicznych mieszkańców. Cystersi opuścili to miejsce pod koniec XV w., a w zasadzie zostali usunięci przez króla Macieja Korwina, z uwagi na skargi okolicznych mieszkańców na zbyt wysokie podatki nakładane przez przeora zakonnego, Raymunda Barenfusa.

klasztor Carta Rumunia

klasztor Carta Rumunia

klasztor Carta Rumunia

Trasa Transfogaraska

Nadszedł czas na przebicie się przez góry Fogaraskie w kierunku Bukaresztu i morza. Trasa Transfogaraska zapewnia niesamowite widoki. Liczne i bardzo strome podjazdy, ostre zakręty i ciemne tunele, wyglądające jak wydrążone kilofami w skale, zapewniają niezapomniane wrażenia. Jest to druga, co do wysokości, trasa położona w Rumunii – osiąga 2034 m n.p.m. W pewnym momencie docieramy do punktu, w którym musimy przebić się przez chmury. Mleczna mgła otula wszystko, a sama droga wygląda jak z bajki.

Trasa Transfogaraska Rumunia

Trasa Transfogaraska Rumunia

Trasa Transfogaraska Rumunia

W każdej chwili z mgły może wyłonić się coś strasznego… jak stado krów 😊

Trasa Transfogaraska Rumunia

Trasa Transfogaraska Rumunia

Jezioro Bâlea

Dojeżdżamy do najwyższego punktu trasy, gdzie liczne stragany i dobrze zorganizowany parking wskazują nieomylnie, że dotarliśmy do jeziora Bâlea. Wszystko jest we mgle, która powoli się przerzedza. Po schodkach dostajemy się do schroniska i knajpki, wychodzimy na taras i podziwiamy widok. Po chwili schodzimy nad jezioro i dostajemy się na występ skalny, z którego widok jest jeszcze lepszy. Nad wodą cały czas utrzymują się białe obłoki, zza których na drugim brzegu wyłaniają się… owce. Są one nieodłącznym elementem krajobrazu Rumunii, podczas jazdy trasą Transfogaraską można je zobaczyć nawet w bardzo niedostępnych terenach. Czasami towarzyszy im pasterz, a czasem pasterzem jest jedynie pies.

Trasa Transfogaraska jezioro Balea

Trasa Transfogaraska jezioro Balea

W drodze do auta Ania zatrzymuje się przy straganach i próbuje suszonego mięsa i innych lokalnych specjałów, które mi wydają się mało apetyczne. Ku niezadowoleniu handlarza Ania poprzestaje na samym próbowaniu.

Rozpoczynamy podróż w dół. Po południowej stronie gór jest nieco mniej chmur, co pozwala nam zobaczyć jak dużo drogi jeszcze przed nami. Robimy kilka przystanków w punktach widokowych, jeden z nich znajduje nieopodal wodospadu. Gdy ja zajęty jestem robieniem zdjęć, Ania po raz kolejny udaje się na degustację, tym razem serów.

Trasa Transfogaraska

Trasa Transfogaraska Rumunia

Trasa Transfogaraska Rumunia

Trasa Transfogaraska Rumunia wodospad

Zaczyna lekko padać, ale nie przeszkadza nam to w cieszeniu się emocjonującym zjazdem.

Docieramy do tamy, która tworzy jezioro Vidaru. Jej 166 metrowa wysokości sprawia, że patrząc w dół odczuwamy lekki dyskomfort.

Rumunia jezioro Vidaru

Rumunia jezioro Vidaru

 

Cytadela Poenari

W oddali, na szczycie góry ukazuje się nam pierwszy zabytek związany z Drakulą – Cytadela Poenari. Wybudowana w XIII w. przez władców Wołoszczyzny, została rozbudowana przez Vlada Palownika (pierwowzór Drakuli) w XV w., który uczynił z niej jedną ze swoich głównych fortec. Do zamku, z którego zostały jedynie rozsypujące się ruiny, prowadzi 1440 stromych schodów, co skutecznie zniechęca nas do wchodzenia tam (z dołu też całkiem dobrze widać).

Rumunia Cytadela Poenari

ciorba de burta Rumunia papanasi Rumunia

Zamiast tego raczymy się obiadem w pobliskiej knajpce Cabana La Cetate . Ja decyduje się na zwykły gulasz, ale Ania zamawia tradycyjną rumuńską zupę – ciorba de burta, będącą czymś w rodzaju naszych flaczków. Na deser serwujemy sobie tradycyjny rumuński specjał – papanași (rodzaj pączków z białego sera, smażonych na głębokim tłuszczu, podawanych ze śmietaną i marmoladą).

Droga do Bukaresztu przebiega bez większych przygód, może poza wyjściem dwóch osiołków na drogę, co lekko utrudniało ruch w tamtym rejonie, ale Rumuni, z właściwym sobie spokojem, po prostu je omijali.

 

Przydatne info

  1. Klasztor Cârţa – bilet wstępu do klasztoru kosztuje jedynie symboliczne 5 lei od osoby.
  2. Trasa Transfogaraska – na odcinku około 150 km nie ma stacji benzynowej, przed wjazdem należy koniecznie uzupełnić bak.
  3. Cabana La Cetate – oferuje bardzo smaczne jedzenie w przystępnych cenach około 25-30 lei za główne danie. Serwuje również tradycyjną kuchnię rumuńską.

F.

Dla ciekawskich, Nasze podsumowanie wyjazdu do Rumunii