Podróżnicze 100-lecie Polski Niepodległej

11.11.2018 roku zastał nas w Krakowie.

Bez pośpiechu się zapakowaliśmy i wyruszyliśmy na śniadanie, mieliśmy jeszcze trochę czasu. Po pysznym rozpoczęciu dnia (Alchemia od Kuchni, polecamy!) wyruszyliśmy spacerem na Rynek, żeby uczcić 100 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości.

Było mnóstwo ludzi. Rodziny z dziećmi, osoby starsze, młode pary. Cały przekrój możliwości. Wiele osób miało ze sobą polskie flagi – duże, materiałowe, albo chorągiewki. Część miała biało – czerwone elementy ubrań, a wiele kobiet i dziewcząt miało kwiatowe wianki i opaski na głowach. Chcieliśmy wejść na balkon widokowy, żeby zobaczyć ten tłum z góry, ale zostało za mało czasu. A Filip powiedział, że chce śpiewać właśnie z tego tłumu, stojąc wśród ludzi. Więc tak staliśmy, czekając aż się zacznie.

 

Kraków Rynek

Przed Hejnałem Mariackim, hejnaliści odegrali Hymn Państwowy.

Dźwięk trąbki niósł się po całym Rynku a my śpiewaliśmy. Właśnie „my” – nie tłum, nie ludzie, nie poszczególne jednostki – tylko „my”, Polacy, zgromadzeni na krakowskim Rynku. Przez chwilę nie było podziałów politycznych i światopoglądowych. Przez te 4 zwrotki nie było kłótni o szczepionki, ilość zeszytów, które dzieci noszą do szkoły, 500+ ani o to, czy to dobrze, że jesteśmy w Unii Europejskiej. Nie było „lewaków” ani „pisowców”, nie było lepszego i gorszego sortu. Przez te krótkie 4 zwrotki byliśmy jednością.

Nie udało mi się dośpiewać do końca. Gdzieś w połowie trzeciego refrenu głos uwiązł mi w gardle, a po policzku popłynęła łza. Przez chwilę nie martwiłam się konfliktami wokół Marszu Niepodległości i tym, dlaczego nie umiemy się ze sobą komunikować, a naszym sportem narodowym jest narzekanie. W tamtej chwili, może bardziej niż kiedykolwiek, czułam się Polką i byłam z tego dumna.

Wracając do samochodu rozmawialiśmy o tym, co współcześnie oznacza patriotyzm. I w ramach tegoż patriotyzmu mieliśmy jeszcze na dzisiaj jeden plan – zachwycić się naszą polską naturą, która, jak zwykle, ani trochę nas nie zawiodła.

Po 1,5 godziny drogi i jednym hot-dogu na BP, dojechaliśmy do miejscowości Sopotnia Wielka w Beskidzie Żywieckim. Tam przebraliśmy się, zostawiliśmy samochód i ruszyliśmy na szlak w stronę schroniska na Rysiance. Musieliśmy szybko przebierać nogami, żeby nie zastała nas ciemność. Szlak był piękny, schowany w lesie, prowadził wąską ścieżką po zboczu, wśród połamanych drzew i niewielkich strumieni. I oddychało się tam jakby inaczej niż w mieście. Znacie to uczucie?

Załapaliśmy się jeszcze na końcówkę zachodu słońca przy samym schronisku, a wieczór spędziliśmy na czytaniu książek, z krótką przerwą na oglądanie gwiazd. Przy ognisku, pomimo zimna, siedziała jakaś radosna ekipa z gitarą.

Rysianka Beskid Żywiecki

Rysianka Beskid Żywiecki

Rysianka Beskid Żywiecki

Schronisko PTTK Rysianka

Przedstawienie, na które tak naprawdę przyjechaliśmy, rozegrało się o wschodzie słońca.

Nie, wstawanie o 6:00 w wolny dzień, nie jest naszym spełnieniem marzeń. Wzięliśmy jednak koce, w które szczelnie się zawinęliśmy, i usiedliśmy na ławce z widokiem na Tatry. Byliśmy pierwsi, a na wschodzie pojawiła się dopiero delikatna słoneczna łuna. Siedzieliśmy tak prawie godzinę, trochę rozmawiając a trochę do siebie milcząc. Wpatrując się w spektakl narodzin dnia. Siedziałam tak, opierając głowę na ramieniu Filipa, i myślałam, że taką Polskę chciałabym widzieć częściej. Taką, jaka była dla nas przez ostatnie 24 godziny – piękna, kolorowa, różnorodna, pyszna, zjednoczona. Taka, w której możemy działać razem i taka, w której w ciszy możemy oglądać niesamowite dzieła natury.

Wszystkiego najlepszego, Polsko!

PS. Próbowaliśmy uwiecznić ten wschód na zdjęciach. Jeszcze nie mamy ani sprzętu, ani umiejętności, żeby to dobrze zrobić. Ale nauczymy się! A to wspomnienie zostanie w naszej pamięci.

Rysianka Beskid Żywiecki

Rysianka Beskid Żywiecki

 

A.

Więcej do przeczytania o podróżach po Polsce:

Mój pierwszy raz w Bieszczadach

Jesienny weekend w Bieszczadach