Dzień 1 czyli Oradea, pierwsze podejście do Ponoru i dużo deszczu

Obudziliśmy się z ekscytacją i niedowierzaniem. Z jednej strony nie mogliśmy się już doczekać odkrywania Rumunii kawałek po kawałku, a z drugiej jakoś trudno było uwierzyć, że to już, że jesteśmy, a za drzwiami hotelu zaczyna się przygoda.

Oradea

Po szybkim śniadaniu spakowaliśmy samochód i ruszyliśmy na stare miasto, żeby zobaczyć je w promieniach słonecznych. Ponownie uderzył nas kontrast pomiędzy pięknie wykończoną i zadbaną starówką, a smutnymi, socrealistycznymi blokami, z których sypie się tynk albo popadającymi w ruinę, biednymi domami mieszkalnymi. Zwłaszcza, że te ostatnie musiały być perełkami architektonicznymi kiedy były budowane, z piękną oprawą okien i drzwi oraz wzorzystymi zdobieniami na płotach i bramach.

Oradea

Oradea

Fakt, staromiejski rynek robi duże wrażenie. Plac (Piața Unirii) jest ogromny, jak na tak niewielkie miasteczko, a otaczają go takie budynki jak: Biserica romano – catolica Sf. Ladislau (kościół św. Władysława), ratusz, biblioteka wojewódzka im. Gheorghe Șincaia, pałac biskupów grekokatolickich z 1904 r. i Pałac Czarny Orzeł (Palatul Vulturul Negrul). Większość jest odrestaurowana i lśni nowością, a te, które nie, wyglądają jakby zatrzymały się w latach 80. ubiegłego wieku (to skojarzenie nasunęło się wtedy nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz).

Oradea

Oradea

Oradea

Oradea

Kolejną atrakcją na naszej liście jest oradejska Cytadela. Mury wyglądają imponująco, jednak jej okolice zostały przerobione raczej na miły parczek dla mieszkańców niż atrakcję turystyczną, więc po krótkim spacerze i moich nieudanych próbach wspinaczki po murze kończymy zwiedzanie.

Twierdza Ponor

Wyruszyliśmy w kierunku Hunedoary (w której mieliśmy już zarezerwowany nocleg) ale już w drodze zdecydowaliśmy, że zboczymy z trasy, w góry Apuseni, żeby zobaczyć Twierdzę Ponor. Wbrew nazwie nie jest to żadna budowla, a przypominające niszczejącą twierdzę formy krasowe ukryte w jednej z dolin. Odrobinę zaskoczyła nas informacja z GPSa, że dzielące nas od tego miejsca 33 km przebędziemy w 1,5 h, ale nie zrażając się, jechaliśmy dalej. Szybko okazało się, że w prognozach GPSa jest przynajmniej ziarno prawdy. Trasa jest wąska i bardzo kręta, a kiedy do tego zaczęła prowadzić pod górę uświadomiłam Filipa, że to mój pierwszy raz za kółkiem w takich warunkach. Po jakimś czasie skończył się asfalt. Minęliśmy  na drodze stado owiec, niewzruszonych faktem, że to my jesteśmy w metalowej, półtora-tonowej puszce. Jeszcze kilka zakrętów i dziur w drodze, i docieramy na miejsce. Warto tu dodać, że Chevy nie doznał uszczerbku na zdrowiu a i serce Filipa jakoś to przeżyło.

Ponor Chevrolet Trax

Cytadela Ponor owce

kemping Glavoi Vila Dubai

Była godzina 15:00 a my od pierwszej chwili wiedzieliśmy, że nie jedziemy do żadnej Hunedoary i zostajemy tutaj. Pole namiotowe Glăvoi jest ukryte w niewielkiej dolinie nad rzeczką. Jest cicho, pachnie wilgocią i igłami. Anulowaliśmy rezerwację na nocleg, rozbiliśmy namiot w upatrzonym miejscu nad rzeką i wyruszyliśmy do jednej z „knajpek”, spróbować w końcu lokalnej kuchni (tym razem byliśmy przygotowani i mieliśmy gotówkę).

Zamówiliśmy 2 porcje mititei (rumuńskich, grillowanych kotlecików z mięsa mielonego), mamałygę z bryndzą (gotowaną kaszę z kukurydzy) i frytki (to ostatnie to nie ja, jakby co). Mititei to mistrzostwo świata, zwłaszcza, że były świetnie doprawione. Mamałyga też super, zwłaszcza w połączeniu z ostrą bryndzą (chociaż Filip, delikatnie mówiąc, nie był fanem). Frytki jak to frytki, pyszka.

Rumunia mamałyga

Rumunia mititei

 

Rumunia palinka

Przy okazji obiadu podszedł do nas właściciel knajpki, w której jedliśmy (przez nas ochrzczony Panem Januszem), dzierżąc w ręku flaszeczkę. Na pytanie „co to” (które zadaliśmy w międzynarodowym języku gestów czyli zdziwioną miną) dostaliśmy tylko odpowiedź „palinka”. Lokalny bimber. Ta konkretna flaszeczka miała w sobie całą gruszkę! Wpatrywał się w nas Pan Janusz, Pani Halinka (gotująca żona pana Janusza) oraz jakichś 8 młodych Rumunów. Na barkach Filipa spoczął więc honor całego polskiego narodu. Na szczęście udźwignął ten ciężar – golnął dwa konkretne łyki bez zmrużenia okiem i nawet nie spojrzał w kierunku popitki. Ja na szczęście nie musiałam bronić niczyjego honoru, więc udało mi się rozbawić wszystkich obserwujących mnie mężczyzn, kiedy prawie się zakrztusiłam i porwałam w dłoń sok pomarańczowy. Ale chyba w ten sposób zaliczyliśmy jakiś lokalny chrzest.

Rozochoceni sukcesami, wkroczyliśmy na szlak. Po jakichś 15 minutach złapał nas rzęsisty deszcz i pierwsze grzmoty. Z przeciwdeszczowych ubrań Filip nie miał nic a ja…. polar. Do tego Pan na przejściu przez strumień zdecydowanie podkreślał, że szlak jest „very difficult”.  Wysforowaliśmy się jeszcze do przodu, ale po pierwszym zanurzeniu buta w błocie po kostkę (tak, to ja) i przemoczeniu ciuchów do cna, zadecydowaliśmy o odwrocie. Zwiedzanie zostało przełożone na dzień kolejny. To była słuszna decyzja, bo burza trwała jeszcze dobre 3 godziny, które skrzętnie wykorzystaliśmy na drzemkę. Po pobudce dziękowaliśmy bogom za piknikowy kocyk, który podłożyliśmy pod maty, na których spaliśmy. Namiot podmyło koncertowo, do tego stopnia, że w przedsionku stały 2 centymetry wody. No cóż, mojemu harcerskiemu nosowi powinien podpowiedzieć coś fakt, że nikt nie rozbił się w tak uroczym miejscu.

Pożegnaliśmy dzień spacerem po okolicy. Widok był niesamowity, cała dolina tonęła we mgle i ciszy, z której tylko miejscami wyłaniały się ostre kształty świerków.

Rumunia kemping Glavoi

Rumunia kemping Glavoi

Rumunia kemping Glavoi

Rumunia kemping Glavoi

Położyliśmy się wcześnie, żeby następnego dnia z samego rana ponownie wyruszyć na szlak.

Przydatne info

  1. Gotówka! Bez niej ani rusz, nawet w miastach (patrz: Oradea). Nie mówiąc o polu namiotowym, gdzie to jedyna możliwość płatności.
  2. Pole namiotowe Glăvoi – bardzo polecamy. Jest bezpłatne i jest na nim kilka miejsc, w których można zjeść. Koszt obiadu dla dwóch osób to ok 35 lei. Nie ma tam jednak toalety (jest płatny wychodek) ani prysznica.

A.

Dla ciekawskich, tutaj możecie przeczytać Nasze podsumowanie wyjazdu do Rumunii