Dzień 11 czyli kościół w Viscri, ruiny zamku w Saschiz i Sighișoara, miasto narodzin Draculi

Pobudka w miejscowości Rupea to czysta przyjemność. Mieliśmy tu najlepszy nocleg na całym wyjeździe. Wielkie łóżko w wielkim pokoju i ogromna wanna, w której mogłam się wykąpać nie obciążając niezmiennie bolącej nogi – bezcenne. Po wyjątkowo pysznym śniadaniu (musimy przyznać, że te rumuńskie nie do końca przypadły nam do gustu) ruszyliśmy w drogę. Pierwszym etapem było miejsce położone z dala od głównych dróg, we wsi, która, gdyby nie turyści, mogłaby zapomnieć o istnieniu świata zewnętrznego.

Jadąc do Viscri po raz kolejny doceniłam, że Chevy nie jest „zwykłą” osobówką. Po zjechaniu z głównej drogi czekały nas dziury w asfalcie, żwir, pół dziurawe mosty, a na koniec jeszcze kocie łby. Sama wieś… no cóż, to było najbiedniejsze miejsce, w jakim byliśmy. Pomijając już stan dróg, po drodze mijaliśmy mikroskopijne domki, wyglądające jak kolorowe lepianki. Wokół każdego było malutkie podwóreczko, na którym rosły warzywa. Przed niektórymi siedziały zasuszone babcie a ja zupełnie szczerze się zastanawiałam, jak daleko poza tą wieś kiedykolwiek wyjechały?

Im bliżej kościoła warownego, tym zabudowania były bliższe temu, co już spotkaliśmy. Wzdłuż wyłożonej kocimy łbami głównej drogi stały po-saskie gospodarstwa, przylegające jedne do drugiego, z wysokimi bramami, które nie pozwalają zajrzeć na podwórko.

Viscri

Sama miejscowość powstała w XII wieku, i wtedy też został tam wybudowany romański kościół. Pod koniec tego samego stulecia we wsi pojawili się Sasi Siedmiogrodzcy (sprowadzani na te ziemie przez królów węgierskich). To już oni, ze swoją niemiecką pracowitością, zabrali się za rozbudowę i fortyfikację kościoła, która trwała aż do XVII wieku. To oni nadali mu ostateczny kształt trzynawowej bazyliki i to oni też wybudowali wieżę obronną, która do tej pory góruje nie tylko nad kościołem, ale i nad całą wsią. Dla mnie największym świadectwem historii tego miejsca są ściany wieży. Jest to pewnie dość oczywiste, ale jednak na co dzień nie myśli się o tym, że tak wysoki budynek można było zbudować po prostu z kamieni, każdego innego, układanych jeden na drugim i łączonych zaprawą. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że budynek stoi po dziś dzień – na wieżę nadal można wejść i zachwycać się widokami.  Dookoła kościoła, tak jak w pozostałych tego typu budowlach, wybudowano mur z pomieszczeniami dla rodzin, które mogły się w nich schronić na wypadek najazdu.

Muszę przyznać, że nie do końca wyobrażam sobie, jak ludzie 800 lat temu mogli, ot tak, wspólnie się zebrać, bez żadnych skomplikowanych struktur samorządowych, bez ustalonego budżetu… i zbudować takie kolosy! Żeby coś takiego zrobić, musiało się zmobilizować bardzo dużo osób a i nakład finansowy tego przedsięwzięcia musiał być gigantyczny. Faktem jednak jest, że choć budowle te robią wrażenie, a ich historia chyba jeszcze bardziej, to już trochę uszami nam wychodziły te zabudowania służące obronie miejscowej ludności. Wszystkie są podobne, więc ileż można! Został nam na szczęście już tylko jeden.

Zamek w Saschiz

Dalej na północ czekał nas kościół warowny (który z powyższych względów odpuściliśmy) oraz ruiny zamku chłopskiego, oba w miejscowości Saschiz. Droga do zamku nie jest zbyt oczywista, czasami bardzo stroma, prowadzi przez dziury i kamienie jeszcze większe, niż te na drodze do Viscri (do tego stopnia, że jadące przed nami włoskie BMW w którymś momencie po prostu zrezygnowało z dalszej drogi i zjechało na bok). Prawdą jest to, że i my musieliśmy w końcu porzucić nasz pojazd, bo w górę wiodła już tylko wąziutka ścieżka, dostosowana jedynie dla pieszych. Rozpoczęliśmy wspinaczkę.

Droga na szczyt wiodła zboczem wzgórza. Po prawej stronie nad głową mieliśmy ruiny zamku, a po lewej piękny widok na całą miejscowość. Niestety idąc w górę nie zwracaliśmy uwagi ani na jedno ani na drugie, starając się trzymać ścieżki. Nie mogła być zbyt uczęszczana, linia czarnej ziemi ją wyznaczająca miała może 20 cm szerokości a wokół niej rosły trawy i kwiaty na wysokość nawet ludzkich barków. Korzenie i kamienie nie ułatwiały drogi, zwłaszcza, że oczywiście założyłam odpowiednie buty do takiej wspinaczki.

Cieszę się, że właśnie tym miejscem zakończyliśmy przygodę z warownymi kościołami i zamkami chłopskimi. Ten tutaj został wybudowany w XIV w, ale po ufortyfikowaniu kościoła w miejscowości poniżej, popadł w ruinę. Podobno miał 6 wież, w środku 2 stawy rybne i 60-metrową studnię. Kiedy weszliśmy do niego przez niewielką furtkę w murze mieliśmy wrażenie, jakbyśmy zanurzyli się w jakimś bajkowym świecie. Z zamku została tylko część murów, a jego wnętrze jest zarośnięte nie tylko przez krzewy i wysokie trawy, ale nawet przez drzewa. W murze pod drugiej stronie jest ogromna wyrwa. Może zamek został kiedyś zdobyty właśnie przez nią? To jedno z takich miejsc, w których mogliśmy puścić wodze fantazji, czując się jak poszukiwacze przygód i nigdy nie odkrytych tajemnic. To właśnie takie miejsca dotykają czasem bardziej, aniżeli pięknie wyremontowane zamki pełne turystów i sklepów z pamiątkami.

Schodząc w dół, tym razem doceniliśmy widok na Saschiz. Całe miasto z tą charakterystyczną, czerwoną dachówką. Ależ to było piękne!

Sighișoara

Na dziś zostało nam jedno miejsce – historyczne miasto narodzin Vlada Țepeșa, Sighișoara. Po dotarciu na miejsce zaczęliśmy od najważniejszego, czyli od obiadu. I trochę się wkopaliśmy, zamawiając talerz grillowanych mięs dla dwojga (grill króluje w Rumunii, to ich tradycyjna metoda przyrządzania posiłków). Jakoś udało nam się wyturlać z restauracji i po krótkim spacerze postanowiliśmy pojechać do hotelu na krótką drzemkę.

Obiad rozłożył nas bardziej niż nam się początkowo wydawało, bo obudziliśmy się dopiero po 3 godzinach. Słońce już powoli zachodziło, więc wykorzystaliśmy wieczór na nocne zwiedzanie starego miasta. Nie mieliśmy żadnego konkretnego celu (na dom narodzin Vlada Tepeșa trafiliśmy przypadkiem), chcieliśmy tylko powłóczyć się uliczkami.

Miasta, te stare i te nowe, nabierają zupełnie innej atmosfery po zmroku. Do tego Sighișoara wieczorem pachnie tym niepowtarzalnym zapachem nagrzanych murów. Błądziliśmy między uliczkami i zachwycaliśmy się ciszą i spokojem. Mimo że to popularne miasto, po zmroku przycichło i pozwoliło nam cieszyć się swoim urokiem. Zakończyliśmy dzień widokiem na podświetlone dzielnice poniżej wzgórza, na którym rozsiadła się tamtejsza starówka.

Przydatne info

  1. Nocleg w miejscowości Rupea – Pensiunea Michael’s House, 105 lei. Najelpszy, jaki mieliśmy na całym wyjeździe! Świetny standard, wielki pokój, wielka łazienka z gigantyczną wanną, pyszne śniadanie.
  2. Kościół warowny w Viscri – wejście 10 lei dla dorosłego, 5 lei dla studenta.

A.

Dla ciekawskich: Nasze podsumowanie wyjazdu do Rumunii