Dzień 9 czyli to co, co tygryski lubią najbardziej – góry, Bucegi

Dzień musieliśmy zacząć od zmiany planów, bo schronisko dla miśków, na którym nam bardzo zależało, jest zamknięte w poniedziałki. Zrobiliśmy mały szacher – macher i zdecydowaliśmy się wyruszyć w Bucegi, czyli góry okalające Brașov. Ich najwyższym szczytem jest Omu (2505 m. n. p. m.) a charakteryzują się niespotykanymi na tych wysokościach, pięknymi płaskowyżami. Prawdopodobnie to właśnie te góry były świętym miejscem Daków, mieszkających na tych terenach przed przybyciem Imperium Rzymskiego. To tutaj miała znajdować się święta góra Kogainon, gdzie mieszkać miał mityczny Zalmoksis, bóg wojny, władca pozagrobowego królestwa, w którym polegli wojownicy żyją wiecznie.

Moja, coraz bardziej uciążliwa, noga opóźniła wyjście, a kiedy wsiedliśmy do samochodu, GPS pokazała nam… 2,5 h jazdy. Dzień uciekał jak szalony, a my mieliśmy jeszcze tyle do zrobienia! Nie tracąc więcej czasu, ruszyliśmy w drogę.

Jak to w Rumunii, droga wiodła zakrętami, wijącymi się wzdłuż zboczy gór i pagórków, w dół i w górę, przez cudownie zielony las. Niestety w którymś momencie ten sielankowy krajobraz zaburzył znak cywilizacji, a dokładniej – znak zakazu wjazdu. Zatrzymaliśmy się przed nim nie wiedząc co robić. Jechać, nie jechać? Mapa pokazywała jeszcze prawie 20 km drogi, a nie dało się tam dojechać żadną inną trasą. Postanowiliśmy zaryzykować – jedziemy! Po jakimś kilometrze minęliśmy rumuńskiego SUVa, jadącego w przeciwną stronę. Kierowca nie rozumiał ani słowa po angielsku, ale pomachał zachęcająco ręką, więc pojechaliśmy dalej. Jak przygoda to przygoda!

Okazało się, że żadnej przygody nie było. Wszędzie piękny asfalt, w paru miejscach naprawiany przez pojedynczych robotników. I samochody, które raz na jakiś czas mijaliśmy. Widać nie tylko my nie przejęliśmy się zakazem. Ba, zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie był on po prostu jakąś pomyłką…

Dojechaliśmy do ostatniego punktu, przy znaku prowadzącym w góry. Byliśmy już sporo metrów nad poziomem morza, w wyższych partiach gór, a w miejscu, w którym się zatrzymaliśmy, była jakaś tablica informacyjna, oczywiście po rumuńsku. Postanowiliśmy wyjść na szybki zwiad, bo ludzie kręcący się po okolicy wyglądali dość „niedzielnie”, nie nastawialiśmy się więc na żaden wielki trekking. Wzięliśmy tylko wodę i aparat przekonani, że zaraz wrócimy do samochodu.

Tak się jednak nie stało. Okazało się, że trafiliśmy na szlak do najbardziej popularnej w Bucegach atrakcji – Karpackiego Sfinksa. Jest to twór skalny, wyrzeźbiony przed wiatr i deszcz hulający po płaskowyżu. Dla nas bardziej przypomina czaszkę albo mumię… ale nie będziemy się kłócić, Sfinks to Sfinks, niech i tak będzie. Szliśmy tam około godziny. Do tego miejsca da się dojechać także kolejką górską z Sinaia, ale cieszę się, że tak nie zrobiliśmy. Samochodowo – piesza trasa tutaj była zbyt urokliwa, nawet jeśli trochę na około.

Widoki były powalające. Dzięki wysokości, na której się znajdowaliśmy, widzieliśmy całe kilometry w dal. Zielone góry, w niektórych miejscach resztki śniegu. Pasterze i owce w zasadzie wszędzie. Pozwólcie, że odpuszczę nieudolne próby opisania tego słowami, i zostawię Was po prostu ze zdjęciami, które może choć częściowo przybliżą Wam to, co my mieliśmy szczęście widzieć na żywo.

Mieliśmy nocować gdzieś tutaj na dziko, a następnego dnia wstać bladym świtem, żeby o 9:00 być już w schronisku dla niedźwiedzi. Jak wiadomo, wstawanie bladym świtem nie należy do naszych mocnych stron, więc zdecydowaliśmy się przenieść z nocowaniem w góry Piatra Craului, które są zdecydowanie bliżej LiBearty Bear Sanctuary i w których także jest Park Narodowy. Ponownie więc pokonaliśmy wszystkie serpentyny w dół, pożegnaliśmy wszystkie krowy i owce na trasie, minęliśmy znak zakazu i skierowaliśmy się na Park i campingi, w tych drugich górach.

Ponownie zachwyciła nas trasa, którą jechaliśmy. Żeby dostać się do Piatra Craului, musieliśmy wspiąć się na grań jednej z gór i jechać nią kilka kilometrów. Na wszystkie strony mieliśmy widok na łańcuchy górskie i obłoki chmur unoszące się nad nimi i delikatnie muskające wierzchołki drzew. Mnie ta trasa urzekła nawet bardziej, niż Trasa Transfagaraska.

W pewnym momencie trafiliśmy do maleńkiej wsi, z której już prosta (jak na Rumunię) droga prowadziła do Parku. Wieś była pełna małych domków, częściowo walących się, a podwórka były ogrodzone drutem kolczastym. Razem z zachodzącym słońcem, robiło to dość przerażające wrażenie. Został nam ostatni skręt w lewo i trafiliśmy na… zamkniętą bramę. Wielu rzeczy mogliśmy się spodziewać ale ta brama zaskoczyła nas nieziemsko. Była już 21:00, robiło się coraz ciemniej. Nie zostało nam nic innego, jak szybko się wycofać i znaleźć inny nocleg. Mieliśmy szczęście – w okolicy zamku Bran funkcjonuje Wampirzy Camping. Tam też się udaliśmy, z cicho skrywaną ulgą, że nie będziemy musieli nocować w tym przygnębiającym miejscu.

Przydatne info

  1. Nocleg w Brașovie – bardzo go polecamy! Pensiunea Italiana jest w dobrej lokalizacji, oferuje bardzo wysoki standard i bardzo przystępne ceny. Za jedną noc zapłaciliśmy 130 lei.

A.

Dla ciekawskich: Nasze podsumowanie wyjazdu do Rumunii