Dzień 5 czyli dlaczego opuściliśmy Bukareszt i pierwsze spotkanie z Morzem Czarnym

Pasterz Bucur (po rumuńsku „szczęśliwy” albo „zadowolony”) pasł owce nad rzeką Dâmbovițą. Krystaliczna woda, zielone łąki i gęste lasy tak go urzekły, że postanowił już nigdy w życiu nie opuszczać tego miejsca. Nad brzegiem wybudował sobie domek i jako człowiek wierzący zaczął budować cerkiew. Następnego ranka kiedy się obudził, cerkiew w cudowny sposób była już ukończona, dając początek miastu, które od jego imienia nazwano Bukaresztem.

Bukareszt

Tak, według legendy, powstała stolica Rumunii, która była naszym głównym celem na ten dzień. Zaparkowaliśmy Cheviego gdzieś w centrum i wyruszyliśmy. Tym razem nie mieliśmy konkretnego planu, biorąc pod uwagę, że według przewodnika Bukareszt jest pełen ciekawych miejsc do zwiedzenia.

Miasto nazywane jest „Małym Paryżem” albo też „Paryżem Wschodu” i nie jest to przypadkowe. Można znaleźć tu wiele nawiązań do Francji, uznawanej w Rumunii za „starszą siostrę”, a to dlatego, że twórcy pałaców i kamienic wzorowali się na XIX-wiecznej architekturze francuskiej, a wiele z nich zaprojektowali tamtejsi mistrzowie.

Parlament w Bukareszcie

Niestety architektura Bukaresztu ma też swoją ciemną stronę. W ubiegłym wieku, w czasie rządów komunistycznego dyktatora Nicolae Ceaușescu, stworzono takie budowle jak Bulwar Zwycięstwa (mający nawiązywać do paryskich Pól Elizejskich) oraz gmach Parlamentu, których zbudowanie wymagało wyburzenia ogromnej części starego miasta. Oglądanie Parlamentu, który jest absolutnie gigantyczny, w połączeniu z tą wiedzą, wywołuje raczej ponure odczucia. Warto tu też nadmienić, że inną zachcianką Ceaușescu było wzbogacenie centrum miasta o… rzekę. W tym celu zbudowano tamę na rzece Dâmbovița, dzięki czemu można było ją poprowadzić przez serce miasta.

Parlament Bukareszt Rumunia

Parlament Bukareszt Rumunia

Daliśmy sobie tylko jeden dzień na zwiedzanie stolicy, więc przyjęliśmy strategię gubienia się w jej uliczkach. W ten sposób odkryliśmy między innymi Biserica Stavropoles (cerkiew Stavropoles), ukrytą w jednej z wąskich uliczek, bogato zdobiona świątynię uznawaną przez wielu mieszkańców za najpiękniejszą w Bukareszcie. Idąc dalej natrafiliśmy na Palatul CEC (Pałac Kasy Oszczędnościowej), którego bogaty wygląd trochę kłócił się nam z ideą oszczędzania. Ale co my tam wiemy! Naprzeciwko Pałacu znajduje się Muzeul Național de Istorie a Românei (Narodowe Muzeum Historii Rumunii) a w niedalekiej okolicy także Biblioteca Naționala (Biblioteka Narodowa) i Palatul Băncii Naționale (Pałac Banku Narodowego).

Pałac Kasy Oszczędnościowej Rumunia Bukareszt

Biserica Stavropoles Rumunia Bukareszt

Biserica Stavropoles Rumunia Bukareszt

Biserica Stavropoles Rumunia Bukareszt

Bukareszt Rumunia

Bukareszt Rumunia

Bukareszt Rumunia

Spacerowaliśmy, i w jakiś zaskakujący sposób wzrastało w nas poczucie, że nie jesteśmy „u siebie”. Bez wątpienia Bukareszt jest piękny, a stare budowle robią podwójne wrażenie biorąc pod uwagę, że w Warszawie takich w zasadzie nie ma. Coraz mocniej jednak docierało do nas, że po prostu wielkie miasta nie są naszym środowiskiem naturalnym. Nie umieliśmy się nim w pełni cieszyć, bo ciągnęło nas z powrotem do małych miejscowości, opuszczonych ruin i, oczywiście, w góry. Zostawiliśmy sobie na „po obiedzie” jeszcze Ogród Cismigiu, ale że, już klasycznie, zaczęło padać, po zjedzeniu po prostu ruszyliśmy w trasę. Pożegnaliśmy wielkie miasto i skierowaliśmy się na wschód, nad Morze Czarne.

Droga nad Morze Czarne

Krajobraz Wołoszczyzny jest zupełnie inny niż w Transylwanii, przez którą do tej pory prowadziła większość naszej drogi. To pierwszy raz, kiedy na horyzoncie nie widać Karpat, a okolica, swoimi polami i szpalerami drzew, przypomina Mazowsze. Mieliśmy zostać w Mamaii dwie noce, żeby posmakować morza ale też na chwilę odpocząć od setek kilometrów pokonywanych samochodem. Do zarezerwowanego wcześniej hotelu dojechaliśmy około 17:00. Dziurawa droga prowadziła przez stare, postindustrialne dzielnice, pełne niszczejących fabryk. Minęliśmy jeszcze jakiś zakład związany z obróbką ropy i byliśmy na miejscu.

Na szczęście hotel mocno odbiegał od urokliwej okolicy 😊 Po szybkim rozpakowaniu wyruszyliśmy złapać ostatnie promienie słońca na plaży nad Morzem Czarnym.

Kurort w Mamai ciągnie się całymi kilometrami wzdłuż plaży i wygląda jak każdy popularny kurort nadmorski na świecie (przynajmniej Filip tak twierdzi, ja byłam tylko nad Bałtykiem). Leżaczki, parasole, bary z przekąskami oraz bulwar pełen restauracji i sklepów z pamiątkami. O 18:00 było tam bardzo niewiele osób, a my wykorzystaliśmy te pustki na długą pogawędkę, stojąc po uda w morzu. Było pięknie!

I tu następuje mały dramat, bo okazuje się, że atmosfera kurortu tak nas rozluźniła, że nie zrobiliśmy ani jednego zdjęcia Morza Czarnego ani wybrzeża. Wybaczcie ☹

Na wieczór zaplanowaliśmy popijanie wina przy basenie w naszym hotelu, i tam też czekała na nas wspaniała niespodzianka. Okazało się, że tez zakład paliwowy, który mijaliśmy po drodze całą noc jest podświetlony. Zakończyliśmy ten dzień popijając wino i patrząc przez zatokę na „Nowy Jork”.

Przydatne info

  1. Koszt parkowania w centrum Bukaresztu to 10 lei za godzinę. Podejdzie do Was Pani, która wypisze Wam bilecik i przyjmie płatność. Oczywiście w gotówce.

A.

Dla ciekawskich, zapraszamy do naszego podsumowania wyjazdu do Rumunii